Najnowsze Wpisy

tutysromeksratom Komentarze (0)
18. kwietnia 2009 11:13:00
linkologia.pl spis.pl

KOLEJNA NOTKA. MIŁEGO CZYTANIA.

Wendy biegła przed siebie połykając słone łzy mieszające się z deszczem. Nie zwracała uwagi na zacinający deszcz, kałuże w które co chwila wbiegała, mokre ubranie czy też wszechogarniający chłód. Chciała znaleźć się jak najdalej od jeep’a. A właściwie od...ojca, który tak niesprawiedliwie ją potraktował. Przed oczami wciąż miała ten moment. Policzek nadal ją piekł, chociaż już nie tak bardzo jak na początku. Bardziej od bólu fizycznego bolała ją dusza. A te rany najtrudniej wyleczyć.

Nagle dziewczyna potknęła się o coś i z łoskotem wylądowała na ziemi. Zapłakała gorzko i przewróciła się na bok. Nie miała już siły uciekać. Chciałaby zniknąć, umrzeć i mieć już święty spokój. Być wolną od wszelkich zmartwieć i problemów. Może wreszcie spotkałaby matkę.

- Dlaczego cię tu nie ma? – szepnęła przymykając powieki – Zostawiłaś mnie. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego życie musi być takie niesprawiedliwe? Żebyś tu była wszystko byłoby inaczej! Dlaczego mnie opuściłaś! – ostatnie zdanie krzyknęła uderzając pięścią w ziemię.

Nie usłyszała odpowiedzi. Poczuła się teraz taka niechciana. Nikomu nie potrzebna. Porzucona. Podparła się na dłoniach i klęcząc wpatrywała się w ciemność. „Nawet za mną nie pobiegł. Naprawdę nic go nie obchodzę. Jestem tylko zbędnym balastem dla tej trójki” – myślała z goryczą. Przez jej głowę przelatywały najciemniejsze myśli. Człowiek z depresją nie miał tak mrocznych myśli jak ona. Była na skraju załamania. Zdolna była teraz do wszystkiego. Nawet odebrania sobie życia, jednak coś odwróciło jej uwagę. Sprawiło, że chwilowo zapomniała o tym co się przed chwilą stało.

W oddali usłyszała krakanie. Charakterystyczny ochrypły głos co chwila przerywał ciszę. Rozejrzała się wokoło, jednak nic nie zobaczyła. Podniosła się z ziemi. Otarła twarz mokrą od łez i deszczu jednak za chwilę znów deszcz zrosił jej twarz. Przysłoniła oczy rękawem i się rozejrzała.

Po obu stronach żwirowej drogi na której obecnie się znajdowała rosły rozłożyste drzewa i karłowate krzaki pozbawione liści o tej porze roku. In dalej od drogi tym roślinności było coraz więcej. Stanowiło to przedsionek lasu, który znajdował się zaledwie kilometr  dalej. Nie zważając na nieprzyjemne szczypanie kolan, świadczące o tym, że ponownie rozwaliła sobie kolana, powoli zaczęła iść w stronę dźwięków, które z każdym przebytym metrem stawały się coraz wyraźniejsze. Zrobiła jeszcze kilka kroków i zobaczyła to czego szukała. Na karłowatym drzewie powykręcanym przez czas siedziała chmara kruków kracząc głośno i co jakiś czas pikując w stronę ziemi i ponownie wracając na swoje miejsce. Dziewczyna zdziwiła się słysząc co jakiś czas skomlenie lub warczenie. Zeszła z wyjeżdżonej żwirowej drogi i brodząc po kostki w rozmokłej ziemi zaczęła iść ku sprawcom całego zamieszania.

Głowy ptaków zwróciły się w jej stronę. Piętnastolatka zatrzymała się zdezorientowana. Może jej się zdawało, ale to ptaki wyglądały jakby czekały na jej kolejny ruch by ją zaatakować. Coś było w nich nie tak. Normalna dziewczyna uciekałaby teraz gdzie pieprz rośnie, byleby uciec od tych strasznych ptaków, jednak nasza Wendy nie była normalną dziewczyną. Młoda panna McGardness różniła się od typowych dziewczątek pod każdym względem, jednak nie o tym teraz będę pisać.

Blondynka klepnęła się w czoło otwartą dłonią. No tak. Jak mogła zapomnieć. Przecież ona posiada dar. A jeśli się wystarczająco skupi uaktywni go. Przeważnie działo się to z inicjatywy zwierząt które chciały się z nią skontaktować, teraz nadeszła pora na nią. Jeśli uda jej się teraz, to uda się już zawsze. Takie miała założenie i tego się trzymała. Chociaż nie do końca zgodne to było z prawdą.

Dziewczyna intensywnie patrzała na ptaszyska, starając się opanować drżenie ciała. Całkowicie skupiła się na swoim celu i ... udało się. Poczuła w głowie bolesne ukłucie. Złapała się za głowę i przyklęknęła na kolano. Dlaczego to musiało byś takie nieprzyjemne?

- ...dzisiejszej nocy!

- Przyśpieszmy to! Jestem głodny!

- Nie tylko ty.

- Jak ten człowiek odejdzie zajmiemy się nim!

- Nie martw się o to. Nie ucieknie nam.

- Nie ma jak.

- Jeszcze dziś umrze. Już ja o to zadbam – słyszała charczące głosy. Z początku nie wiedziała o co chodzi, jednak nie trzeba było być geniuszem by się domyślić. One chciały kogoś zabić. Czekały tylko na to by sobie poszła.

„Niedoczekanie wasze” – pomyślała wojowniczo blondynka. Zmarszczyła brwi i zaczęła iść w stronę drzewa.

- Po co on tu idzie?

- Zamknij dziób. Lepiej go stąd pogoń – usłyszała.

Jak na rozkaz z gałęzi poderwał się jeden z kruków i zaczął krążyć nad jej głową, kracząc przy tym i co jakiś czas przelatując tuż koło jej głowy z wyciągniętymi szponami gotowymi do ataku. Ta jednak nic sobie z tego nie robiła. W pewnym momencie gdy zapikował by ją zaatakować gwałtownie wyciągnęła rękę i uderzyła ptaka, który spadł na ziemię.

Uśmiechnęła się pod nosem i z błyskiem w oku spojrzała na największego z kruków, który zatrzepotał czarnymi niczym noc skrzydłami.

- Ty łamago. Już nawet człowieka przegonić nie umiesz?

- Kogo chcecie zabić – zapytała bez ogródek. Zaległa cisza. Wszystkie kruki jak jeden mąż spojrzały na dziewczynę, która wyzbyła się strachu i stała niewzruszona przed drzewem obsadzonym co najmniej kilkudziesięcioma ptakami. W normalnych okolicznościach pewnie by nawet nie zawracała sobie głowy i poszła dalej, jednak tu chodziło o czyjeś życie. A czy może być coś cenniejszego od życia?

- Ogłuchłeś? Tak rozumiem cię. Wiem, że kogoś chcecie zabić tej nocy! Kogo?! – krzyknęła, starając się przekrzyczeć szum deszczu.

- Nie twój interes. Odejdź!

Kompletnie ignorując słowa wypowiedziane przez kruka, podeszła bliżej i wtedy go zobaczyła. Na rozmokniętej ziemi w kałuży w której błoto mieszało się z jego krwią leżał piękny biały wilk. Jednak nie to ją tak zdziwiło. Z pod półprzymkniętych powiek uważnie lustrowały ją złote oczy. Oczy pełne bólu, a zarazem zaciętości. Patrząc na niego czuło się respekt. Wilk był ranny. Nie licząc mniejszych ran, które z pewnością były skutkiem ataków kruków. Wzdłuż łopatki ciągnęła się czerwona pręga. Lewa przednia łapa zaplątana była w drut kolczasty, który wbijał się w jego skórę.

Wendy podeszła do niego i wyciągnęła dłoń, lecz ten niespodziewanie poderwał się z ziemi i zaprezentował swoje kły.

- Odejdź człowieku! – zachrypiał, na tyle głośno na ile pozwalały mu siły.

- Chce ci pomóc – spojrzała na niego swoimi fioletowo-błękitnymi oczami i uśmiechnęła się lekko chcąc przekonać go do siebie.

- Ludzie nigdy nie zrozumieją zwierząt! Odejdź! – warknął i niespodziewanie zacisnął kły na nadgarstku dziewczyny, która jęknęła jednak nie cofnęła ręki.

- Powiedziałam już, że nie odejdę. Nie pozwolę cię zabić – powiedziała z uporem.

Wilk spojrzał na nią nieco zdziwiony i puścił jej nadgarstek z którego zaczęła sączyć się krew. Chciał coś powiedzieć jednak, zagłuszył go charkot gawrona:

- Atakować! Przegonić człowieka i dobić drapieżnika – w następnej chwili szum deszczu zagłuszony został przez trzepot skrzydeł.

Zdezorientowana piętnastolatka widząc pikujące z ich stronę kruki zarzuciła kaptur na głowę i ciałem zasłoniła rannego wilka, który zawył przeraźliwie po czym znieruchomiał. Przerażona odsunęła się od niego na odległość kilkunastu centymetrów, jednak ten się nie poruszył. „Zabiłam go!!” – krzyknęła w myślach. Słona łza spłynęła po jej alabastrowym policzku mieszając się z deszczem. Niespodziewanie poderwała się z ziemi i jak szalona zaczęła wymachiwać rękoma. W skutek czego strąciła kilka kruków, które z łoskotem spadły na ziemię.

- Mordercy! – krzyczała – Mordercy! – jęknęła i upadła na kolana.

- Tak szybko wyzionął ducha? – zapytał największy z kruków zaprzestając chwilowo atak.

- Zabiliście go! – szepnęła.

- A teraz odejdź człowieku. Teraz on jest nasz. Odejdź!

- Odejdź...Odejdź...Odejdź... – krakały inne kruki w ślad za swoim przywódcą.

„Odejdź” – powtarzała sobie w myślach.

Zacisnęła pięści z bezradności. Ziemia przepływała między jej palcami. Jednak w dłoni poczuła przedmiot o nieregularnych kształtach. Spojrzała na dłoń.

- Mam odejść, tak? – powiedziała podnosząc się z ziemi – Po moim trupie. Nie zostawię go, byście go pożarły. Padlinożercy. – krzyknęła.

Wzięła zamach i celując w największego kruka rzuciła kamieniem, który minął go zaledwie o milimetry i trafił innego ptaka, który padł martwy na ziemię. Ptaki jak na komendę poderwały się i zaczęły ją atakować. Padła twarzą do ziemi. Ptaki obsiadły ją i zaczęły dziobać. Krzyknęła z zaczęła się tarzać, jednak na nic to się nie zdawało. Kruków było zbyt dużo. „To nie ma sensu” – jęknęła w myślach – „Już chyba wolałabym zostać w jeep’ie i kłócić się z ojcem” – pomyślała zdesperowana. Jednak zaraz zganiała się w myślach za swoją bezmyślność. Na samą myśl o ojcu coś przekręcało jej się w żołądku. Jednak nie było czasu teraz myśleć o tym i to roztrząsać. Teraz trzeba było walczyć o przetrwanie.

Gdzieś z prawej strony usłyszała cichy jęk. Przelotnie spojrzała w tamtą stronę. Leżał tam biały wilk. Kilka kruków dobierało się do niego. Myślała, że się przesłyszała, bo przecież tak ktoś kto nie żyje może jęczeć? Jednak słuch jej nie mylił ponownie to usłyszała. Tym razem była już pewna.

„On żyje!!”.

Poderwała się z ziemi i podbiegła do wilka. Machając rękoma odgoniła natarczywe kruki atakujące rannego. Chwilę później atak został jednak wznowiony i to ona została celem. Ponownie osłoniła swoim ciałem wilka, tym razem zachowując między nim a nią jako taki dystans.

- Przepraszam – jęknęła gdy poczuła na łydkach bolesne dziobnięcia – Nie chciałam sprawić ci bólu.

- Jesteś inna – szepnął.

- Pod każdym względem – zażartowała, na tyle na ile pozwalała zaistniała sytuacja – Ale ty też jesteś inny – stwierdziła spoglądając na jego złote oczy. Nieopodal dało się słyszeć wycie wilka. Wendy tego nie dosłyszała, jednak wyczulone ucho rannego wychwyciło ten dźwięk i po chwili odpowiedział.

- Nie umieraj! – krzyknęła dziewczyna wtulając się w mokrą sierść zwierzęcia.

- Nie zamierzam – odpowiedział, po czym polizał ją po zranionym wcześniej przez niego nadgarstku, z którego sączyła się krew. Zmęczona dziewczyna uśmiechnęła się do niego.

„Nie wszystkie wilki są złe. Trzeba obalić mit o Czerwonym Kapturku” – uśmiechnęła się pod nosem.

- Drapieżniki!! Odlatujemy!! – zdziwiona panna McGardness uniosła niepewnie głowę.

Kruki poderwały się do lotu po czym odleciały. Zostawiły ich! Teraz pozostawał inny problem. Zaskoczona oderwała się całkowicie od rannego i przełknęła ślinę. Otoczeni byli stadem wilków szczerzących do nich kły. A właściwie do niej.

- Cześć chłopaki – uśmiechnęła się głupkowato i pomachała zdrową ręką, co tylko rozzłościło je – Nic wam nie zrobię. Tylko zajmę się ...e.eee...nim –nie wiedziała jak go nazwać więc wskazała na rannego ręką – i odejdę.

- Ona mówi – szeptali między sobą.

- Jest dobra. Spokojnie – wyszeptał biały wilk, jednak to starczyło by pozostałe wilki się uspokoiły.

Z gromady na przód wyszła czarna wilczyca. Okrążała dwa razy dziewczynę po czym nie spuszczając jej z oka podeszła do białego wilka i zaczęła go lizać czule.

- Martwiłam się, że już cię nigdy nie zobaczę. Ja i nasze szczeniaki potrzebujemy ciebie – mówiła czule.

Wendy przez chwilę nie wiedziała jak ma odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. To wszystko działo się zdecydowanie za szybko.

- Jak cię nazywają? – zapytał biały wilk, przywołując tym samym piętnastolatkę do porządku.

- Wendy McGardness – odpowiedziała zdejmując przemoczoną kurtkę i bluzę. Drżała z zimna na całym ciele. Z trudem powstrzymywała szczękanie zębami – A was? – zapytała ściągając porwany po szwie we wcześniejszej bitwie z Kamilem podkoszulek. Dziwne, czuła się głupio rozbierając przed zwierzętami, które jakby nigdy nic nie spuszczały jej z oka. Jednak czego się nie robi dla rannego stworzenia.

- Jestem Kieł, a to Nel i moje stado – sapnął ciężko.

Dziewczyna szybko naciągnęła na siebie mokre ubrania, a podkoszulek podarła na pasy.

- Miło mi was poznać. Zajmę się jednak teraz twoją łapą. Może boleć – starając się opanować drżenie rąk co wcale nie było takie łatwe ze względu na zranioną rękę oraz panującą temperaturę. C

hwyciła drut kolczasty i zaczęła go jak najdelikatniej odkręcać, by nie sprawić bólu Kłowi. Już kończyła, gdy nieostrożnie przycisnęła łapę, w skutek czego Kieł jęknął ciężko. Natychmiast Nel poderwała się z ziemi i warcząc stanęła na przeciwko Wendy, która odruchowo się cofnęła. Jedynie szybka interwencja białego wilka uchroniła ją od konfrontacji z wilczycą.

- Spokojnie Nel. Ona mi uratowała życie. Chce mi pomóc. Pozwól jej działać – szepnął tak by jedynie jego wybranka go usłyszała.

- Ostrożnie – warknęła wilczyca, po czym ponownie usiadła na ziemi.

Młoda panna McGardness spojrzała na nią niepewnie po czym wróciła do przerwanej pracy. Chwyciła drut kolczasty, odgięła go ostrożnie i całkowicie usunęła z łapy wilka. Chwyciła fragment materiału, który jeszcze niedawno był jedną z jej ulubionych koszulek i owinęła nim starannie zranioną łapę.

- Dziękuję, Wendy. Teraz możemy już ruszać. Skraj lasu to nieodpowiednie miejsce zarówno dla wilków jak i ludzi – powiedział Kieł, starając się podnieść, jednak wychodziło mu to z marnym skutkiem.

- Nie wstawaj, jesteś poważnie ranny! Zaraz się zajmę ...

- Wystarczająco mi pomogłaś. Nie zapomnę ci tego. Mam wobec ciebie dług wdzięczności – utkwił swoje złote spojrzenie w dziewczynie i chwiejnie wstał – A teraz powinnaś wracać do ludzi.

- Wrócę jeśli się upewnię, że dotrzesz cały do lasu – ukucnęła naprzeciwko niego i ignorując resztę stada drapała go za uchem, co wydało mu się niespotykanie przyjemne.

- Skraj lasu to niebezpieczne miejsce dla wilków, jak zdążyłaś się przekonać. Podczas gdy las jest dla nas schronieniem, dla ciebie stanowi zagrożenie. Nawet my nie wiem co on w sobie kryje. Nas tam nikt nie zaatakuje, jednak człowiek jest łatwym celem. Wracaj.

- Ale...

- Zrobiłaś co mogłaś. A teraz nie przeszkadzaj nam i wracaj do swojego stada – powiedziała ostro czarna wilczyca.

Wendy nie protestowała już więcej. Wiedziała, że natura rządzi się własnymi prawami. A ona w tej chwili była jakby intruzem na ich terytorium. Pomogła, zrobiła co uważała za słuszne, jednak teraz nadeszła pora na wycofanie się.

- Nie zapomnę o tobie i twoim stadzie. Do zobaczenia Kle – ostatni raz pogłaskała go po szlachetnym białym łbie i odwróciła się by ruszyć w stronę domu.

 Tu jednak napotkała małe utrudnienie. Była noc, a co za tym wszędzie było ciemno. Deszcz dodatkowo ograniczał widoczność. Nie miała przy sobie żadnego źródła światła.

- Idź prosto a dojdziesz do drogi – usłyszała znajomy głos.

- Dzięki – ostatnie raz spojrzała na stado i jego lekko przygarbionego przywódcę i ruszyła przed siebie. Zgodnie ze wskazówką po niespełna pięciu minutach wędrówki prostą drogą dotarła do żwirowej drogi. Z ulgą weszła z grząskiej ziemi na stabilną polną drogę. Nie miała pojęcia która może być godzina, jednak miała przeczucie że było bardzo późno. Obróciła się wokół własnej osi i zdezorientowana nie wiedziała w którą stronę ma iść. Całkowicie straciła orientację. Droga jak droga, nic szczególnego w niej nie było. Znaków również nie dostrzegła. Zaryzykowała. Ponieważ nie znała żadnej wyliczanki zakryła ręką oczy i obróciła się kilkakrotnie wokół własnej osi. Następnie zdjęła rękę z twarzy i ruszyła przed siebie. Jakież było jej zaskoczenie gdy w oddali dostrzegła znajomy blask pochodni. Momentalnie wstąpiły w nią nowe siły. Zapomniała o paraliżującym chłodzie i przyspieszyła. Zesztywniałe mięśnie protestowały, jednak wizja przybliżającego się z każdym jej krokiem zamczyska motywowały ją do dalszej wędrówki.

***

Alucard przewrócił się na drugi bok. Nie mógł zasnąć. Henry wraz z rodziną nie wrócili jeszcze. A o ile było mu wiadomo nie zamierzał spędzać u znajomego nocy. To miał być wyłącznie obiad. Kilka godzin temu powinien wrócić. Jego jednak nie było. Czyżby coś się stało? Może miał wypadek i leży teraz bez ducha w rowie. Potrząsnął lekko głową by odegnać niedorzeczne myśli. Kto jak kto, ale Henry był bardzo rozsądnym i uważnym kierowcą. Przewrócił się na drugi bok.

- Przestań się kręcić – mruknęła zaspanym głosem Marietta, przykrywając się pierzyną.

Mężczyzna usiadł na łóżku i nałożył na nogi kapcie. Nie widział sensu w dalszym bezsensownym leżeniu. I tak nie zaśnie póki nie przekona się, że z jego synem, synową i wnukami wszystko w porządku. Wstał i by nie rozbudzać żony cicho wyszedł z pomieszczenia. Ciemnymi korytarzami oświetlonymi jedynie blaskiem pochodni doszedł no salonu. Dołożył drewna do gasnącego ognia i usadowił się na kanapie. Nogi wyciągnął na podnóżek i zapatrzył się w ogień w którym tańczył ogień.

Grobową ciszę panującą w salonie przerwał stukot kołatki. Z pewnością nie mógł to być Henry – on posiadał klucz więc kto? Dynamicznie wstał z kanapy i ruszył w stronę drzwi wejściowych. Przekręcił mosiężny klucz tkwiący w zamku i otworzył drzwi. Przed nim stała średniego wzrostu postać. Sądząc po budowie była to dziewczyna. Była przemoczona do suchej nitki. Woda ściekała z niej. Mokre jasne włosy wystające z pod kaptura przylepiały się do kurtki. Twarz zasłaniał całkowicie kaptur. Ciemne spodnie były ubłocone zresztą jak reszta ubrania. Z początku nie poznał kim jest niespodziewany nocny gość, jednak kiedy dziewczyna podniosła twarz nie miał już wątpliwości.

 

Wyrocznia (14:04)

6 których uwierzyło, że magia istnieje


14 stycznia 2007
37. Winna

TO JEST NOTKA URODZINOWA. NIEDAWNO MIAŁAM URODZINY WIĘC PROSZĘ. SZCZERZE MÓWIĄC BRAM MI OSTATNIO MOTYWACJI DO PISANIA, CHOCIAŻ POMYSŁÓW MAM WIELE:D

W Darkvill panowały egipskie ciemności. Całe miasteczko od kilku godzin pozbawione było prądu. A panująca za oknami ulewa zapewniała wszystkich, że usterka szybko naprawiona nie zostanie. Jedynym źródłem światła w domach były teraz świeczki i latarki.

Podobnie było w dworze Morlenów. Domownicy wraz ze swoimi gośćmi przebywali zgromadzeni w salonie przy nikłym blasku świeczek.

Wendy siedziała w najdalszym kącie pomieszczenia i z zażenowaniem przyglądała się Milenie. Z trudem zachowywała powagę i powstrzymywała się od śmiechu. Z wielkim trudem maskowała swoje rozbawienie. Wiedziała, że ona normalna nie jest, ale to biło wszelkie granice. Podczas gdy wszyscy dobijali się do łazienki w której jeszcze niedawno siedziała, Milena pozostawiona samej sobie w kuchni zaczęła się drzeć. A dlaczego? Bo przestraszyła się pisku. Jak można było aż tak bać się myszy? Przecież ta mysz pewnie słysząc ten wrzask, zawału dostała. Dziwne, jednak bardziej współczuła temu gryzoniowi niż macosze. Bardziej ją interesowały losy tego stworzonka niż członka rodziny. Z chęcią napuściła by na kobietę tuzin takich istotek. Byle by tylko zniknęła z jej życia raz na zawsze i zabrała z sobą swojego synalka. Nie przysłuchiwała się rozmowom starszych. Jakoś ją to nie interesowało. Co jakiś czas spoglądała na Kamila siedzącego w fotelu obok matki. Miała nadzieję, że to koniec rewelacji i niespodzianek na dziś. Mimo to język aż ją świerzbił by powiedzieć mu co o nim myśli. Jeszcze nie tak dawno stoczyli z sobą bitwę, a teraz on siedzi jakby nigdy nic w miękkim fotelu z zaledwie podbitym okiem i kilkoma zadrapaniami i głupkowato się do niej uśmiecha. Prowokowało ją to, jednak dzielnie się trzymała i starała nie zwracać na to większej uwagi.

- Na nas chyba czas. Nie będziemy nadużywać waszej gościnności. I tak namieszaliśmy.

 Wendy spojrzała na ojca z kpiną. Namieszali? Jeszcze nigdy nie była na takim spotkaniu, gdzie pobili się z Kamilem. Zawsze kontrolowali się i udawali perfekcyjną rodzinkę. Jednak ostatnio...no właśnie. Od ich przyjazdu do Darkvill wszystko zaczęło się komplikować. Przestali kontrolować siebie i jawnie rzucali się sobie do gardeł. Czy to miejsce miało na to jakiś wpływ? A może to ona się zmieniła? Może to przez te zmiany jakie przechodziła? Niczego już nie była pewna.

- Nie przesadzaj. W taką pogodę chcesz wracać? Przecież nic się nie stanie, jeśli zostaniecie u nas na noc! Po co tłuc się w taką ulewę...

Blondynka na samą myśl o spędzeniu tu nocy zachłysnęła się powietrzem. „O nie, nie, nie!” – myślała. Jeszcze tylko jej tego brakowało. Marzyła, by jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Jej ciepłe łóżko przyzywało ją.

- Tak będzie lepiej dla wszystkich – tu Henry wymownie spojrzał na swoje dzieci – Byłbym wdzięczny, gdybyś użyczył nam jednej z latarek.

- No oczywiście. Proszę. Jednak nadal uważam, że to nienajlepszy pomysł. Drogi mogą być nieprzejezdne. Szczególnie polne. Mógłbyś...

- Nie zmienię decyzji. Znasz mnie, przecież – spojrzał wyzywająco na przyjaciela.

- Znam cię. I muszę stwierdzić, że ty się nigdy nie zmienisz – westchnął – Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy w bardziej sprzyjających okolicznościach.

- Na pewno. A teraz do zobaczenia, przyjacielu – powiedział Henry nakładając płaszcz i pomagając to zrobić żonie.

Wendy ostatni raz obejrzała się za siebie i spojrzała na rodzinę Morlenów. Stojąc w drzwiach i żegnając się z nimi byli tacy serdeczni. Szczególnie pan doktor. Rozsądny i spostrzegawczy. Zawsze opanowany. Mający poczucie humoru. Musiał być świetnym ojcem. Wyglądali na szczęśliwą rodzinę. Blondynka spuściła wzrok napotykając zdziwione spojrzenie Alexa.

- Długo zamierzasz jeszcze tak stać? – usłyszała i obejrzała się za siebie.

Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że stoi w deszczu i przygląda się rodzinie Morlenów. Odwróciła się i nieśpiesznym krokiem podążyła w stronę samochodu. Otworzyła drzwi i wsiadła na miękkie siedzenie. Kątem oka spojrzała na Kamila i odsunęła się najdalej jak to było możliwe.

Samochód ruszył. Nikt się nie odzywał. Panowała grobowa cisza, nie zmącona najmniejszymi dźwiękami. Jednak do czasu.

Henry powoli przemierzał ulice Darkvill. Ciemność, ulewa ograniczająca widoczność oraz zdrowy rozsądek kazały mu być czujnym. Nigdy nie wiadomo co się może stać. Trzeba być przewidującym. Tym bardziej, że za jakiś czas wjadą na polną, nierówną drogę. Był tak skupiony na drodze, że niemal zapomniał o dzisiejszych występkach swoich dzieci. Jednak gdy tylko spojrzał w lusterko, wszystko powróciło. Nie wiedział jak już ma postępować. Ni jak nie mógł trafić do dwójki rodzeństwa. Żadne metody nie skutkowały. O ile kiedyś myślał, że za sobą nie przepadali, tak teraz zdolni byli siebie pozabijać. Upokorzyli go w oczach przyjaciela. Zdemolowali pokój jego synowi. Nie mówiąc już o tym, że sami ledwo wyszli z tego obronną ręką.

- Zawiodłem się na was. Liczyłem, że choć na czas pobytu na obiedzie zawiesicie broń. A wy co? Pobiliście się! Mało wam kar, które ostatnio zarobiliście?! Widzę, że trzeba będzie znaleźć na was inny sposób. Inaczej niedługo może dojść do nieszczęścia!

Piętnastolatka przeniosła znudzone spojrzenie z szyby na lusterko w którym odbijała się twarz ojca.

- To nie ja zaczęłam – powiedziała bez większego zainteresowania.

- Tak, ty zawsze jesteś niewinna! – Henry skręcił w polną drogę i gniewnym wzrokiem spojrzał na lusterko – Tylko ciekawe kto je zaczyna?! Ja?! A może Święty Mikołaj!!

- Bardzo możliwe – mruknęła beznamiętnym tonem.

- Przestań! Mam dość waszego zachowania! Albo zaczniecie się zachowywać jak ludzie, albo...

- Albo? – wcięła się blondynka.

- Albo pogadamy inaczej. I przestań się wcinać i pyskować! – podniósł głos.

- Ja pyskuje? Ja tylko się bronie!

- Pora na dezercje – szepnął zgryźliwie Kamil, by tylko siostra go usłyszała.

Obserwował całą sytuację i był zadowolony. Może nie zdołał jej dokopać w posiadłości Morlenów, jednak jak nie dziś to jutro. A teraz zbierało się na kłótnię.

- A ty się zamknij!

- Kiedyś byłaś inna Wendy. Spokojna, posłuszna, łagodna. Zmieniłaś się. Na gorsze! – powiedział Henry – Nie zwracaj się w ten sposób do brata!

- Ja się zmieniłam? Tak? To ty widzisz we mnie same wady! Co bym nie zrobiła, będzie źle. Każda bójka i tak będzie moją winą. Szkoda tylko, że nie dostrzegasz drugiej strony medalu. I nie bierzesz pod uwagę swojego zachowania.

- Jeszcze jedno słowo, a ...

- Proszę bardzo. No wlep mi kolejna karę. Tylko na to czekam. Już się nie mogę doczekać. Jednak z góry cię ostrzegam, że ja się nie zmienię. Przystosowałam się do warunków w jakich muszę żyć i nie zamierzam się poddać – krzyknęła odwracając głowę w kierunku szyby.

- Jeśli tak stawiasz sytuację to dobrze. Od jutra będziesz chodzić do psychologa. Mam nadzieję, że przez to się zmienisz. Zrozumiesz, swój błąd i się poprawisz!

- CO?? Nigdzie nie zamierzam chodzić! To nie mi potrzebny psycholog! – krzyknęła zbulwersowana. Z boku usłyszała szyderczy śmiech. Resztkami siły woli powstrzymywała się by nie przywalić bratu.

- Ciebie też to dotyczy Kamil! Nauczycie się szacunku względem siebie. To nie może dłużej trwać.

- Widzisz co narobiłaś wariatko? Wszystko przez ciebie!! – chłopak podskoczył na siedzeniu przez co walną się głową w dach.

- I znowu moja wina?!

- To nie ja doprowadziłem do tej kłótni! To nie ja pyskowałem. To nie ja...

- Ale ty rzuciłeś się na mnie gdy byliśmy sami w pokoju Alexa – przerwała jadowicie.

- Dosyć!! – krzyknął Henry. Nagle samochodem zarzuciło i się zatrzymał – Co jest?

Blondynka rozmasowała sobie czoło, którym uderzyła w szybę i rozejrzała się. Słyszała przyśpieszone obroty silnika, jeep jednak ani drgnął.

- No to się wkopaliśmy – stwierdziła.

- Co się stało? Dlaczego nie jedziemy? – biadoliła Milena przestraszonym głosem. Uczepiła się ramienia męża i nie zamierzała puścić.

Wendy żałowała że w samochodzie było tak ciemno, chciałaby zobaczyć minę macochy.

- Wygląda na to, że ugrzęźliśmy. Spokojnie Mileno zaraz się stąd wydostaniemy – pocieszył żonę. Przydepnął na gaz. Jednak samochód nadal się nie ruszył. Wsteczny oraz inne manewry także nie pomogły. Ziemia była zbyt grząska. Wyglądało na to że...

- Będziecie musieli pchać! – powiedział nagle.

Wendy i Kamil spojrzeli na ojca jak na człowieka rozumującego inaczej z nadzieją, że sobie robi z nich żarty. Niestety nie robił. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że jednak nie blefował.

- Nie wiem czy zauważyłeś, ale to nie garbus. To jeep! Jak mamy go popchnąć?! – rzuciła w kierunku ojca.

- Gdybyście mnie nie zdekoncentrowali to nie wjechałbym w ten rów – stwierdził zimnym tonem.

- I znowu to wszystko moja wina? To chciałeś powiedzieć?! – niebezpiecznie przymknęła powieki.

Mężczyzna nie odpowiedział, co dziewczyna uznała za odpowiedź twierdzącą. Walnęła pięścią w siedzenia i otworzyła drzwi. Wyskoczyła z samochodu i spojrzała wyczekująco na brata.

- Rusz siedzenie! To nie ja jestem mistrzem wagi ciężkiej – warknęła stojąc w ulewie. Jej ubrania stawały się z każdą chwilą coraz cięższe. Nasiąkały wodą.

- Nie zamierzam wychodzić na ten deszcz. Sama sobie pchaj. Może ci się uda – założył ręce i uniósł dumnie głowę.

- Jeśli się nie ruszysz, zafunduję ci taki szlaban, że zapamiętasz go do końca życia lub dłużej – powiedział obojętnie mężczyzna. Chłopak spojrzał z niedowierzaniem na ojca. Zacisnął dłonie w pięści i z rozmachem otworzył drzwi jeepa.

- Henryku! Przecież Kamil może się rozchorować. Chyba tego nie chcesz? – powiedziała niespokojnie kobieta przytulająca się do męża.

- Nic mu nie będzie. Z cukru nie jest. Da sobie radę. Chyba nie chcesz spędzić tu całej nocy?

- Henryku!! – to ją przekonało. Co jak co, ale spać w samochodzie nie zamierzała.

Piętnastolatka brodząc po kostki w błocie obeszła samochód i oparła się o bagażnik. Była już cała przemoczona. Nie pozostało na niej suchej nitki. Nie widząc większego sensu w tym co miała zrobić oparła ręce na bagażniku. Po chwili dołączył do niej Kamil. Prychnął tylko gniewnie i chcąc jak najszybciej to skończyć zaczął pchać maszynę. Ta przesunęła się lekko do przodu, jednak gdy już myśleli że ruszy dalej ta cofnęła się ochlapując ich błotem. Wściekli do granic możliwości i mokrzy wrócili do samochodu. Nie odezwali się do siebie ani słowem. Usiedli na siedzeniach i odwrócili się do siebie plecami. Choć Wendy było zimno, nie okazywała tego. Zacisnęła skostniałe dłonie i spuściła głowę. To wszystko powoli zaczęło ją przerastać. Dlaczego to zawsze ją oskarża się o to czego nie popełniła. Na nią zwala się całą winę. Nie twierdziła, że zawsze była niewinna. Aniołem ona nie była. Ale, dajcie żyć. Nie wszystko musi się dziać z jej przyczyny. Ludzie, pora otworzyć oczy!

- Wygląda na to, że dzisiejszą noc spędzimy tutaj – uroczyście obwieścił Henry, co nie spotkało się z dezaprobatą.

- Jak miło – mruknęła dziewczyna zacierając dłonie.

- Zamknij się! Gdybyś nie... – warknął siedemnastolatek, jednak nie dokończył. Blondynka mu przerwała, mając powyżej uszu jego zachowania i bezpodstawnych oskarżeń.

- No co? Gdybym nie żyła wszystko byłoby w porządku? To chciałeś powiedzieć? A teraz się zamknij! Zabierasz mi powietrze! – wysyczała jadowicie rzucając wściekłe spojrzenie bratu.

- Wendy! Dosyć tego! Uspokój się w tej chwili. Przeproś brata i ...

- Nigdy go nie przeproszę. To wykracza poza moje kwalifikacje. Wystarczy mi, że żyje z nim pod jednym dachem – założyła ręce na piersi i spojrzała za okno. Zapowiadała się długa noc.

Henry zaniemówił na moment. Nie poznawał swojej własne córki. Co się z nią działo? Czyżby o czymś nie wiedział?

- Wendy – powiedział poważnie – Czy ty jesteś w ciąży?

Blondynka zachłysnęła się powietrzem. Zaskoczona spojrzała na odbicie ojca w lusterku i zaczęła się panicznie śmiać. - Uspokój się i mi odpowiedź. Inaczej nie umiem wytłumaczyć twojego zachowania. Twoje ciągłe zmiany nastrojów, kłótnie, bitwy z Kamilem. Z nikąd to się nie bierze. Coś musi być przyczyną – z kolejnymi wypowiedzianymi słowami stopniowo jej śmiech cichł, aż w końcu ustał. Nerwowo zacisnęła palce na mokrym materiale bluzy – Gdzie się podziała moja mała, roześmiana córeczka? Przecież jeszcze niedawno było nam razem tak dobrze. Odpowiedz.

Nastała cisza. Jednak nie trwała ona długo. Wendy niczym uśpiony wulkan w końcu wybuchła.

- Nie, nie jestem w ciąży! Zadowolony!

- Nie tym, tonem panno.

- Pytasz się gdzie podziała się twoja córeczka?! Odeszła i już nigdy nie wróci!! Odeszła wraz z pojawieniem się tych dwoje – wskazała podbródkiem – Pytasz się co się stało z naszą rodziną?! Bo przecież było nam dobrze! Nigdy nie było i nie będzie! Jesteś ślepy i widzisz tylko to co chcesz widzieć!! To twoje „dobrze” było tylko fikcją!! Ułudą, której tylko ty nie widziałeś!! Od momentu pojawienia się mojej nowej mamusi i braciszka – prychnęła – toczyłam nieustanną walkę. Ale ty byłeś na tyle zakochany w Milenie i zauroczony Kamilem, że tego nie dostrzegałeś. Do dziś. Właśnie cię uświadomiłam. Zadowolony?!!

Cisza. Trzask.

Blondynka załzawionymi oczami spojrzała na ojca, który w dziwnej pozycji klęczał między przednimi siedzeniami. Jeszcze nigdy nie widziała go tak wściekłego. Jednak nie to się liczyło. Uderzył ją. Nie dość, że jej nie uwierzył to jeszcze uderzył. Nie takiej reakcji się spodziewała za szczerość. Bo przecież lepsza prawda niż najgorsze kłamstwo. Prawda?

Dziewczyna dotknęła dłonią pieczącego policzka. Przygryzła wargę, po czym pociągnęła za klamkę. Kiedy drzwi jeep’a stanęły przed nią otworem wyskoczyła z auta i zaczęła biec przed siebie.

Dopiero po chwili Henry zdał sobie sprawę z tego co zrobił. Uderzył własne dziecko.

- WENDY!! – krzyknął.

Już otwierał drzwi, by ruszyć za dziewczyną, gdy poczuł na ramieniu uścisk ciepłych dłoni.

- Zostaw. Niech ochłonie – szepnęła Milena przyciszonym głosem. Przez chwilę poczuła wyrzuty sumienia. Szybko jednak zagłuszyła je, wmawiając sobie, że dziewucha zasłużyła sobie na to. Henry zasłonił dłońmi twarz. Niespodziewanie uderzył pięściami o kierownice.

- Czy to prawda? Czy jestem ślepy? – szepnął.

- Ależ skąd. Jesteś najwspanialszą i najbardziej sprawiedliwą osobą na świecie – szepnęła kobieta przytulając się do męża.

- To dlaczego Wendy uważa inaczej. Dlaczego tak...

- Nie jest specjalnie lubiana w szkole. Jeszcze się nie zaaklimatyzowała. Może po prostu chciała odreagować i w ten sposób zwrócić na siebie uwagę – sprytnie podsunął Kamil, robiąc przy tym jedną ze swoich wypróbowanych min.

- Tak czy inaczej muszę ją znaleźć. Jest ciemno i może się zgubić. Jeśli coś jej się stanie...

- Kto jak kto, ale ona ma wyjątkową orientację w terenie – mruknął pod nosem Kamil – Niestety.

- Chyba nas tu nie zostawisz!! – jęknęła kobieta.

- Jak ją tylko znajdę to wrócę. Obiecu...

- A jeśli ktoś tu przyjdzie! Nie zostawiaj nas!

- Mileno spokojnie. Muszę poszukać Wendy. Źle się stało. Jak ją znajdę to wrócę. Powinna trzymać się drogi, więc to kwestia pięciu, no może dziesięciu minut. Daleko nie zaszła.

Co zrobiła Milena? Popłakała się. I to właśnie był kluczowy argument za pozostaniem w aucie. I tak Henry zamiast poszukiwać zbiegłej z samochodu córki, pocieszał rozdygotaną żonę.

takjestziom : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

krolikova | agentkaa | viky | aaka | gacik | Mailing